Każdy ma swój własny sposób na relaks i wyciszenie, a Barcelona jest bardzo dobrze położona żeby móc przebierać w różnych formach relaksu. Od morza po góry. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Ja uwielbiam odpoczynek z dala od miejskiego zgiełku, a wierzcie mi w Barcelonie hałas może wykończyć. Wyjechać gdzieś gdzie jest cisza i spokój, a w nocy można bez przeszkód oglądać rozgwieżdżone niebo. Kilka lat temu zaczęłam chodzić po jaskiniach i choć zupełnie się tego nie spodziewałam to stało się to prawdziwym hobby, które mocno mnie wciągnęło. Speleologia to sport zaliczany do tych, które niosą za sobą pewne ryzyko, niezbędne jest odpowiednie wyposażenie oraz przeszkolenie, no i oczywiście ubezpieczenie.

Temat gór jest mi więc bliski. Tuż pod Barceloną znajduje się masyw Garraf, nieco dalej słynne góry Montserrat, park narodowy Montseny czy wreszcie kilka godzin jazdy od stolicy Katalonii, Pireneje – żeby wymienić tylko kilka obszarów na których wznoszą się góry. Innymi słowy, miłośnicy gór, mają w czym przebierać.

W Katalonii gdzie mieszkam, w środowisku osób które kochają góry, raz na jakiś czas słychać o tym jak na ratunek poszkodowanym ruszają ratownicy. Wszyscy śledzimy wtedy w mediach akcję ratowniczą i trzymamy kciuki za jej powodzenie.

Ratownikom na całym świecie, którzy tak odważnie ruszają na ratunek innym, należy się ogromny szacunek. Rzeczy z którymi muszą się mierzyć w swojej codziennej pracy, nam wydają się wyciągnięte żywcem z filmu sensacyjnego. Zastanawialiście się kiedyś jak radzą sobie ze stresem, wysiłkiem fizycznym, czy psychologicznymi aspektami swojej pracy? Kim są i dlaczego zdecydowali się na zawód który wpisany ma w swoją definicję ciągłe ryzyko?

O to wszystko i więcej, zapytała ratowników w swojej najnowszej książce, od zawsze związana z górami, Beata Sabała-Zielińska. Publicystka i dziennikarka radiowa, autorka książek związana z Radiem ZET. Obecnie pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim w rozgłośni UJOT FM.

Beata z mężem i córką przed bazyliką Sagrada Familia

„TOPR. Żeby inni mogli przeżyć”

Wieczorową porą, gdzieś w mało uczęszczanej barcelońskiej uliczce na Starym Mieście, przy lampce czerwonego wina, Beata opowiedziała mi o pracy nad swoją ostatnią książką.

Co pchnęło cię do tego aby napisać książkę o takiej tematyce?

Po prostu, nikt wcześniej takiej nie napisał. Owszem jest „Wołanie w górach” Michała Jagiełły – klasyka gatunku, ale jest to książka faktograficzna. Pan Michał przypomniał najciekawsze tatrzańskie akcje i przytoczył opisy z ksiąg wypraw. Moja książka tymczasem to opowieść samych ratowników, o nich i ich pracy. O tym co ich motywuje, co ich denerwuje, jak oni sami widzą ratownictwo, jak się szkolą itd. Sięgam do czasów powstania TOPR-u i przeprowadzam czytelnika przez rozwój tej organizacji, by pokazać jaką drogę przeszli i kim teraz są. A są jedną z najlepiej i najwszechstronniej wyszkolonych górskich służb ratowniczych na świecie.

Fragment książki:

„Tego dnia nikt, kto miał choć trochę oleju w glowie, nie powinien wychodzić w Tatry. Tak fatalnego okresu świąteczno – sylwestrowego nie było od dawna. Góry złowrogo błyszczały, pokryte lodowym lukrem, nie pozostawiając złudzeń, czego się można w nich spodziewać. „Uwaga, szklane Tatry!” , bili na alarm ratownicy, prosząc turystów o zaniedbanie wypraw. Ale gdzie tam! Gadaj zdrów! Śmiałek gonił śmiałka, a śmiałków… goniła śmierć, ostatecznie dopadając dwunastu z nich.

Trzydziestego grudnia kostucha deptała po piętach trzem ambitnym turystom schodzącym z Mięgoszuwickiego Szczytu Czarnego. (…) Turyści nie przeczuwali mrocznej towarzyszki. Ale gdy jeden z nich poślizgnął się i spadał w przepaść, bliskość śmierci stała się faktem. Mężczyźni związani byli jedną liną, ale nie stosowali żadnej metody asekuracji, spadający pociagnął zatem swoich kolegów, co wydawało się być wyrokiem. A jednak lina zahaczyła o wystajacy kamień i mężczyźni znaleźli się po przeciwległych stronach skalnego żebra, unikając upadku z kilkuset metrów. Ich położenie okazało się jednak swoistą pułapka. Dwóch turystów stało się przeciwwagą trzeciego, ten zaś nie dawał znaków życia. Nie widzieli i nie słyszeli partnera. Próba odcięcia liny, oznaczałaby zrzucenie kolegi w otchłań, trzymali ją wiec w garści, czekając na pomoc. (…) Dotarliśmy do poszkodowanego po dwudziestej drugiej. Był nieprzytomny, wychłodzony, z poważnym urazem głowy. Wisiał na linie do góry nogami, całkiem nagi, bo spadając, obijał się o skały i zdarł przy tym ubranie. Było tymczasem 13 stopni mrozu! Wiedzieliśmy, że trzeba go szybko zabezpieczyć i zapakować na nosze, ale było tak stromo i ciasno, że nie bardzo mogliśmy działać. Musieliśmy wyciągnąć go na stanowisko, sześćdziesiąt metrów w górę, tyle że zaraz po umieszczeniu w noszach mężczyzna zatrzymał się. Sytuacja stała się beznadziejna. Trzeba było go zaintubować i rozpocząć reanimację… wisząc na linach! (…) Nie chcieliśmy odpuścić. (…)Wierzyliśmy, że uda się i tym razem, dlatego nie zamierzaliśmy się poddać, choć wszystko było przeciwko nam. Znowu”.

Ile czasu zajęło ci zbieranie materiałów do książki?

Materiał zbierałam rok i rok pisałam. Miałam tysiąc stron surówki i poczucie, że nie wiem co wyciąć, co wybrać. Do dziś żałuje, że wiele rzeczy nie weszło do książki. Z drugiej strony trudno czytelnika przywalić cegłą, robiąc wielką encyklopedię TOPR-u.

Jaka historia z tych opowiadanych przez ratowników najbardziej pozostała ci w pamięci?

Sporo jest takich historii, od śmierci ratowników podczas akcji ratunkowej po spektakularne uratowanie 27 letniej Kasi. Dziewczyna została wyciągnięta spod lawiny, po dwóch godzinach od zasypania.  Właściwie nie żyła, a jednak ratownicy podjęli próbę uratowania jej, licząc na to, że hipotermia opóźni uszkodzenia mózgu i narządów.  Znosili ją z gór ponad 3 godziny, nieustannie reanimując, mimo, że świat zdawał się im walić na głowę. Wichura wyrywała drzewa, sprzęt odmawiał posłuszeństwa, droga w dół była Armagedonem, ale oni się nie poddali. Reanimacja Kasi trwała w sumie blisko 6 godzin. I udało się. Kasia żyje i jest w pełni zdrowa. To cud, także medyczny, choć za tym cudem stoją ludzie z ogromną wiedzą i determinacją. To fachowcy jakich mało na świecie.

Liczyłaś kiedyś z iloma osobami związanymi z pracą ratownika w sumie rozmawiałaś aby zebrać materiał do książki?

Książka napisana jest na podstawie około 50ciu wywiadów, ale prawda jest taka, że całe swoje reporterskie życie, czyli 12 lat,  przyglądałam się ich pracy. Bywałam w centrali setki razy i często dręczyłam ich prosząc o różne informacje. Z czasem z wieloma z nich zaprzyjaźniłam się. Wypiłam z nimi wannę wódki. Widziałam jak ta praca ich cieszy, choć byłam także świadkiem wielkich tragedii i ich ogromnego smutku, gdy musieli żegnać kolegów, który zginęli na akcji. Te rany nie zabliźniają się nigdy. 

Czy ratownicy górscy mają jakieś swoje powiedzenie dotyczące akcji ratowniczych lub gór, a może jakieś powiedzenie które szczególnie zapadło Ci w pamięć…?

Często na ratowanych turystów mówią „klienci”. Ale nie ma w tym powiedzeniu nic pejoratywnego. Raczej pokazuje stosunek potrzeba-obowiązek. Akcja- reakcja. Rzadko wyrażają się o kimś głupi czy idiota. Raczej mówią: niefrasobliwy, nierozsądny. Na „klapkowiczów” i niedzielnych turystów mówią bażanty – bo przylatują i odlatują i tyle ich widać.

Fragment książki:

„Sto sześćdziesiąt osiem godzin do alarmu plus czas na zaorganizowanie wyprawy, plus dojście do otworu, plus wejście do jaskini – czyli sto siedemdziesiat pięć godzin! Taki rachunek wyszedł Stefanowi Stefańskiemu, siedzącemu po ciemku w Jaskini Ptasiej, czekającemu na pomoc toprowców. Pomylił się o… jedną godzinę.

– Widziałem, że przez te siedem dni nikt po mnie nie przyjdzie, ale też wiedziałem, że po siedmiu dniach na pewno po mnie przyjdą! Dlatego byłem spokojny i nie miałem strasznych myśli, że zostanę tu na zawsze … byłem całą tą sytuacją zawstydzony, ponieważ doświadczonemu wspinaczowi utrata czołówki nie powinna się  przytrafić. (…) Los utarł mi nosa za moją pewność siebie … Kiedy siedzi się siedem dni  w ciemności i samotności, wszystko można przemysleć, całe swoje życie. Na szczęście lubię jaskinie. (… )Mogłem leżeć, ale nie miałem dostępu do wody. (…)To co potrafi człowieka zabić w jaskini, to brak poczucia czasu”.

No właśnie, a dzisiaj Ty jesteś turystką w Barcelonie. Zresztą nie pierwszy raz, ale czy jest takie miejsce w Barcelonie, które wywarło na Tobie największe wrażenie?

Uwielbiam stare miasto i katedrę św. Eulalii. Nie przepadam za Ramblą, – to takie nasze Krupówki 😉

Czy jest coś co zaskoczyło cię w lokalnych mieszkańcach lub kulturze ?

Nie, raczej nie, ale lubię ich stosunek do ludzi i to, że w knajpkach i restauracjach nikt nikogo nie popędza. U nas w Polsce wciąż się tego uczymy, tego luzu istnienia, nierobienia niczego. Posiedzenia i pogadania przy kawie czy winie.

Twoje ulubione lokalne danie?

Robaki! W każdej postaci i w każdej ilości.

Pozostałe książki Beaty – Sabały Zielińskiej:

Jak wysoko sięga miłość. Życie po Broad Peak. Rozmowa z Ewą Berebeką.

Radio – aktywna Sabała, czyli jak zostałam głosem Zakopanego.

Zakopane, nie ma przebacz! – współautorka Paulina Młynarska

Zakopane Odkopane. Lekko gorsząca opowieść góralsko – ceperska.
Współautorka Paulina Młynarska