Dlaczego Barcelona?

Na życie, na wycieczkę, relaks, dla pogody, dla kawy….Nieważne, jaki powód, ale warto przynajmniej raz ją odwiedzić.

Nawet nie wiem czy dziś byłabym tutaj gdyby nie przypadek i mój tato. On sam zresztą od ponad 10 lat zadaje sobie to samo pytanie załamując ręce. A wszystko przez to, że jego przyjaciel ze statku, namówił go żeby zabrał mnie w morską podróż. Obaj pracowali wtedy na statku transportowym, była to, więc niepowtarzalna okazja żeby popłynąć w 6 tygodniowy rejs na trasie Europa – Ameryka Południowa. Podczas rejsu przyszedł mi do głowy pomysł, żeby „wysłać” list w butelce. A właściwie to kilka listów. Przygotowałam 10 butelek. Wrzucając do morza piątą na pokład wyszedł mój tato i spytał jak je zabezpieczyłam – pomogli marynarze, zalakowali je gumą – odrzekłam zgodnie z prawdą, na co usłyszałam żebym się nie zdziwiła, jeśli dostanę w odpowiedzi list od Green Peace. Żadnego plastiku do morza!

I tak, gdzieś po środku Atlantyku, skąd widać już Krzyż Południa, wrzuciłam do morza pięć z zaplanowanych dziesięciu butelek z wiadomością. Koledzy ze statku, choć podeszli do pomysłu z lekkim przymrużeniem oka, towarzyszyli mi lojalnie podczas całej ceremonii.

Butelka wyłowiona z morza – dziś na honorowym miejscu w domu James´a z USA

Pierwszy z dwóch odnalezionych listów dotarł do mieszkania moich rodziców w Szczecinie, skąd pochodzę, po około roku. Ha! A drugi niewiele później. Ciężko w to uwierzyć, a jednak! Jedna butelka trafiła do Brazylii w ręce 17- letniej dziewczyny. Druga – do starszego małżeństwa, które spędzało właśnie swój ostatni dzień wakacji na Florydzie.

Niestety list od Brazylijki, gdzieś mi się zagubił w domowych papierach, natomiast James, jakże by inaczej stał się moim przyjacielem na facebook’u. Dostałam również zaproszenie od jego i jego żony do Teennessee. W odpowiedzi na mój oryginalny list, napisali, że przede wszystkim bardzo dziekują mi za jego wysłanie. Opowiedzieli mi też o swoim życiu, dzieciach, wnukach i w pracy w Disnaylandzie. Gdy znależli butelkę, spędzali właśnie ostatni dzień swoich wakacji na Florydzie i byli na ostatnim przed wyjazdem, spacerze wzdłuż morza. Butelkę dostrzegła na brzegu żona Jamesa i gdy z entuzjazmem mu ją pokazała, ten rezolutnie odrzekł, że to pewnie pozostałość po jakiejś plażowej imprezie. Na całe szczęście ciekawość Nany zwyciężyła i postanowiła sprawdzić z bliska czy aby napewno tak jest. Gdy znaleźli list, oboje byli bardzo mile zaskoczeni i napisali mi potem, że znalezienie mojego listu w butelce, było najlepszym z możliwych zakończeniem wakacji.
Do dziś, choć jeszcze nie miałam okazji się do nich wybrać, jesteśmy w kontakcie.

Czternaście lat później, gdzieś tam w otchłani morskiej pływają jeszcze trzy moje butelki, a może któraś się rozbiła, albo trafiła na bezludną wyspę, a może zostanie znaleziona za tysiąc lat przez kogoś, kto w roku 3015 będzie o nas mówił Starożytni.

Co ma do tego Barcelona? – Już mówię. Statek transportowy nazwany Cabo Creus, na którym wtedy się zamustrowałam, od kilku już miesięcy krążył wokół portów europejskich i amerykańskich. Jakoś na przełomie lata i jesieni znajdował się akurat u brzegów Europy i wtedy właśnie miałam dołączyć do załogi. Z którego dokładnie europejskiego brzegu? Wybór należał do mnie – Włochy, Francja lub Hiszpania. Zrobiłam prosty rachunek i wyliczyłam, że najchętniej to właściwie wyruszyłabym w podróż, (która jak się okazało nadała zupełnie nowy kierunek mojemu życiu), na początku września – akurat wtedy statek miał zabierać towar z…Barcelony! To było około 14 lat temu.

Tak więc mnie Barcelona przytrafiła się trochę przypadkiem i na trochę dłużej, a może nawet już na zawsze. Ale jeśli nie macie w planie rozpocząć życiowej podróży z hiszpańskiego portu, to i tak zachęcam żeby trafić tu, choć raz…na relaks, na kawę dla dobrej pogody, dla zabawy, ale przede wszystkim po to żeby poznać intrygującą Barcelonę.

Osoby odwiedzające Hrabiowskie Miasto zgodnie przyznają, że nie chciałyby tu zamieszkać, ale zgadzają się również w tym, że Barcelona potrafi zachwycić. Ma swoje dobre i złe strony – jak wszystko. Np. słońce, które świeci niemal cały rok, potrafi też wykończyć – czerwonoskórzy turyści nazywani przez tutejszych Las Gambas (dosł. krewetki), to latem tutaj codzienny widok. Letnia temperatura nocą może osiągnąć nawet 30 stopni, gdy się śpi, chce się zedrzeć z siebie skórę, nie ma nawet mowy o spaniu w piżamie! (To właśnie, dlatego w hotelach w Hiszpanii latem, „nierozgarnięta” obsługa hotelowa „zapomina” zostawić w pokojach kołdry, a nie cyt: „Same prześcieradła w szafie leżą”. Szokująca prawda jest taka, że tu, latem nie trzeba kołdry!

No, ale z drugiej strony, nie ma to jak wyjść w styczniu na spacer po mieście zalanym słońcem. Planując wakacje, ryzyko, że się trafi w złą pogodę też jest jak wiadomo niewielkie. Tak naprawdę na urlop można tu się wybrać w dowolnym czasie, może i trafi się kilka pochmurnych dni, ale słońce też niemal na pewno się pojawi.

Barcelona to bardzo hałaśliwe miejsce. W ciągu dnia- ciągły jazgot samochodów, metra, karetek, czy remontowanych dróg. Nocą – krążące po kolei śmieciarki – te od plastiku, papieru, te od odpadków organicznych. Z kolei w pierwszych promieniach słońca miasto przemierzają samochody sprzątające ulice. Warto dodać, że wszystkie te potworne ciężarówy mają mega głośny silnik.

Ale z drugiej strony, – tutaj ZAWSZE coś się dzieje. Kina, teatry, muzea, koncerty, plaża, rzut beretem do gór, wybrzeże z setkami czarujących, malutkich plaż czy uliczne imprezy – bo zabawę Katalończycy bardzo lubią! Fiesta dzielnicy Gracia, fiesta dzielnicy Sant Martin, fiesta dzielnicy Sagrada Familia etc. Lokalne święta, lokalne zwyczaje, tapas w sobotnie popołudnie, albo grupa bębniarzy trenująca w niedziele na ulicach miasta. Kolacja z przyjaciółmi, piwo w barze i koncert rocka. Kółka hobbystyczne wszelkiej maści, od amatorów gór po młodych pisarzy. Spotkania singli, spotkania gejów, dzielnicowe popołudnia starszych sąsiadów, każdy znajdzie coś dla siebie.

Quiero Barcelona

Ziemniaka tutaj nie uraczysz – to ten negatywny aspekt, ziemniaki owszem są, ale o zgrozo! – prawie nie występują w formie gotowanej, ano przepraszam jest takie danie, gotowane ziemniaki z gotowaną zieloną fasolą, wszystko w mocno wilgotnym klimacie i właściwie bez smaku, bo mocno rozwodnione. Pamiętam jak sto lat temu wynajmowałam pokój u Evy. Kiedyś Eva była świadkiem jak spragniona ojczystego obiadu, gotowałam sobie ziemniaki do obiadu. Jak to mamy w zwyczaju, po ugotowaniu odlałam wodę i postawiłam ziemniaki na ogniu, żeby pozbyć się z nich wilgoci – na ten widok Eva aż wstała z krzesła zapewne myśląc, że zamierzam spalić jeden z jej lepszych garnków i zapytała, co też wyprawiam. Gdy wytłumaczyłam jej, na czym polega trick, wpadła w zachwyt i powiedziała, że to genialne!

No dobra, może i Katalończycy mają na bakier z gotowanymi ziemniakami, ale za to my nie robimy przepysznej Tortilla de Patatas. I pomimo, że tak właściwie to taka większa wersja naszych placków ziemniaczanych, (choć tortilla nie ma mąki), to jednak smak zupełnie inny. Do tego bagietka z roztartym pomidorem i polana oliwą. Pycha!

A skoro już o kanapkach. Kiedyś oddałam kanapkę koleżance, ale ta z niesmakiem powiedziała, że już miała ją zjeść, ale…! Kanapka miała jakiegoś dziwnego ogórka (korniszona) a do tego, co gorsza! Posmarowana była masłem! Chleb z masłem dla Katalończyków to jakieś nieporozumienie. Ale chleb sam w sobie, a raczej bagietka, to rzecz absolutnie nieodzowna, podawany jest do obiadu i kolacji, nieważne, że obiad składa się np. z frytek i kurczaka. Jak to kiedyś bardzo trafnie ktoś zauważył Katalończycy nawet chleb zagryzają chlebem.

Wracając do Evy, u której wynajmowałam sto lat temu pokój. Tam po raz pierwszy spotkałam się z tutejszym, miejskim, odrażającym karaluchem! To nie jakiś tam karaluszek “pierduszek”, mały i chudy, ledwo widoczny, nieśmiało dziobiący okruszek chleba. To był gigant. Średnia długość takowego stworzenia to 4 cm! Przerażenie w oczach, pot na czole, ciśnienie automatycznie skacze, a reszta ciała sztywnieje i pojawia się pytanie – co dalej! Uf! Ale żeby to był jeden! Gdy w nocy wchodziłam do ciemnego mieszkania i znienacka zapalałam światło, dywan dosłownie rozbiegał się na wszystkie strony! Początkowo naiwnie podtykałam pod szparę w drzwiach ręczniki, żeby podstępny karaluch nie mógł się przecisnąć, ale potem już się wyluzowałam mając ogromną nadzieję, że nie obudzę się z utkwionym we mnie wzrokiem karalucha przesiadującego na poduszce.

Jeszcze ostatnia historia związana z barcelońskim owadzim terrorystą. Odwiedził mnie kuzyn z żoną. Niedawno wynajęłam nowe mieszkanie, które stało puste i niestety zamieszkały w nim las cucarachas. Za nic nie chciałam stresować tym faktem gości, ponieważ karaluchy żerują nocą, to była mała szansa, żeby goście się na nie natknęli. Pewnego dnia wracaliśmy do domu późnym wieczorem, gdy nagle jeden z karaluchów pośpiesznie przedreptał przed klatką schodową. Choć było ciemno, mój czujny wzrok natychmiast rozpoznał w poruszającym się cieniu zbiegłego karalucha, kuzyn zwrócił na to uwagę i sytuacja zaczynała się wymykać spod kontroli, ale ponieważ było już ciemno, mój cioteczny brat nie mógł się dobrze przyjrzeć i powiedział tylko o żuczek! I wszyscy spokojnie poszliśmy dalej.

 

List wrzucony do morza

List wrzucony do morza

 

Barcelończycy to ludzie bardzo towarzyscy. Śniadania jadają w kafejkach, obiady na mieście, a kolacje (nie wcześniej niż o 21.30!) albo w domu albo w restauracji w gronie przyjaciół. Widok znajomych spijających kawę o 8 rano (jak gdyby nie spieszyli się do pracy), jest tu widokiem zupełnie naturalnym. Kawa jest tu zresztą stałym elementem dnia – do śniadania, do obiadu, do podwieczorku, do kolacji i jeszcze ze trzy dodatkowo w czasie pracy. Sporo tych kaw się uzbiera w ciągu dnia, ale gdy mówię, że ja piję 5-6 herbat dziennie, pytają mnie z przerażeniem w oczach czy nie skacze mi ciśnienie.

Zatem…Dlaczego Barcelona?– dla poznania innych zwyczajów i nawyków, z ciekawości. Dla poznania bogatej historii tego miasta. Barcelona skrywa wiele sekretów, warto się im przyjrzeć z bliska, zobaczyć, poczuć lub przypadkiem odkryć. Jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej o Katalonii zapraszam do działu Ciekawostki i Co warto? A gdy już zdecydujesz się odwiedzić Barcelonę oprócz samodzielnego zwiedzania czy turystycznego busu masz również opcję zwiedzania z Happy B., Jeśli natomiast w głowie masz pomysł, który chcesz zrealizować w Barcelonie zajrzyj do działu Patronat i Osobowości, być może będę w stanie Ci pomóc.

 

Źródła: własne